Koncerty i fetysze ;)

Byliście kiedyś na koncercie?

Pytanie z tych określanych “głupie”, każdy z nas, a napewno zdecydowana większość była choć raz. Nie wiem, czy zaobserwowaliście to samo co my, a może jesteście jednymi z tych co to robią? Jeśli tak zostawcie swój ślad w komentarzu żebyśmy i my zrozumieli ten fenomen. Do rzeczy! Sytuacja powtarza się nagminnie i jest totalnie dla nas niepojęta. Przychodzimy na koncerty najczęściej  na styk,  jeśli mamy trybunę to siadamy i uczestniczymy. Jeśli jest to akurat płyta (chodzimy na płytę tylko na nasze perełki) bawimy się, tańczymy, krzyczymy i robimy te wszystkie inne rzeczy, które na koncertach można i wypada robić.

Wchodzimy na Torwar, piękny piątkowy wieczór, kolejka do piwa zagasiła pragnienie, szatnia i kierunek płyta. Bilety wyprzedane, pełna sala. My oczywiście na styk i ku wielkiemu zdziwieniu bez problemu stajemy na środku sali. Na płycie mniej więcej od połowy luzy w sam raz, oddychać można i ruszyć czymś więcej, niż palcem. Na scenie suport szykuje instrumenty, zaczynają grać. Miłe dźwięki francuskiego rynku nastrajają do spożycia tego co zaserwuje nam gwiazda wieczoru. Znając artystkę spodziewamy się czegoś dużo lepszego, niż chleb ze smalcem, uczta powinna być wykwintna. Bilety z tych nie najtańszych, pełna sala wydawałoby się, że wszyscy czekają z uwielbieniem wypatrując swojej idolki.

Czy napewno?

Start, wychodzi na scenę, ubrana normalnie jak trzeba, gwizdy, krzyki i owacje, w takich momentach zawsze mój zestaw prywatnych mrówek wychodzi mi na plecy. Laska śpiewa, widać że kulturka i ostro daje na żywo. Muzycy świetni, nagłośnienie idealnie dostosowane. Da się rozmawiać, to jest sukces. Ze sceny płynie rozkosz, mniej znane dwie piosenki, trzy, jedna wolna, a na sali rozpoczyna się ruch. I tu zaczynają się nasze wątpliwości…Rozumiem kibelek, jak ktoś stoi i czeka bo przyjechał dwie godziny przed koncertem. Ej! Przecież na bilecie napisane, że od 18 wpuszczają. Za dużo piwka, napojów lub domowy obiadek wychodzi. Przechodzą między ludźmi, póżniej wracają zupełnie normalne. Mówimy sobie, ok tak to już jest. Agata kiwa głową dając mi znać, że nie przeszkadza jej, iż babka prawię wywaliła się na nią potykając o nic na prostej drodze.

Ze sceny spada hit znany z radia, sala się pobudza, dzieci płaczą wraz z matkami, próbują śpiewać. Wygląda to tak jak ma wyglądać, wczuwasz się, wiesz za co płacisz, zadowolenie z bycia w tym miejscu sięga zenitu. Kilka hitów z rzędu, myślę sobie wypstrykała się z play listy, jak dj w podstawówce i teraz zacznie się to co zwykle. Słuchając w między czasie mniej rozpoznawalnych utworów artystki, obserwuję.

Dla mnie kawałki są super, poznaję coś nowego, kontem oka widzę, że moja Agata próbuję nawet coś śpiewać. Wyższa liga – myślę, przygotowała się lepiej ode mnie. Wracając do tematu. Po godzinie koncertu zaczyna się niewidzialna ewakuacja, ludzie znów przepychają się do wyjścia, lecz o dziwo większość z nich nie wraca. Czemu? Koncert trwa półtorej godziny plus bisy, zapłaciłeś za to człowieku! Mija kolejne pół godzinki, artystka raczy nasze uszy chilloutowymi numerami. Jest mega, mamy prawie koniec, więc zaraz musi coś eksplodować, znając repertuar wiemy, że został jeszcze jeden hit radiowy i jeden przebój z milionowymi wyświetleniami na YT.

ZAZ Torwar

Jednak gdzie jest publika?

Można pomyśleć, ok poszli po kurtki i za chwilę wrócą. Niestety po chilloutowych numerach z sali na oko wyszło ze sto osób. Torwar jest nieduży, więc taką ilość widać i to mocno. Swoją drogą co sobie musi myśleć artysta? Podchodzimy bliżej sceny, bez najmniejszego problemu, każdy zadowolony ma już luzik, nikt w ucho nie dyszy. Pierwsze dźwięki ostatniej radiówki walą w nas jak z karabinu, endorfiny napływają jak tsunami i równie wartko wychodzący odwracają się i szybkim krokiem wracając na salę. Ojej, czyżby przypomnieli sobie po co tu przyszli i że ci ludzie na scenie to nie blaszane automaty?

Taki Fetysz “nigdy do samego końca”

Koniec koncertu, podziękowała, przedstawiła muzyków, standard. Światło gaśnie, coś tam tylko na scenie się świeci na niebiesko. Rozpoczyna się bieg do szatni, korek na schodach, potykanie się o porzucone kubki i opakowania po popcornie. – Że też tych śmietników tak mało zrobili, tyle kasy biorą i taki syf… komentarz przechodzącej babki z dzieckiem, sam widziałem jak jej chłopak wywalił pod nogi kubek po coli. Ci co nie rozpoczęli ewakuacji tak jak i my zaczynają rytmicznie klaskać i krzyczeć, wiemy przecież z doświadczenia, że za chwilę wyjdzie i zaśpiewa dla nas bis. Mijają minuty, pochodzimy jeszcze bliżej pod scenę zajmując miejsce niecierpliwych. Światło się zapala, wchodzą muzycy, drepczą wśród naszych wesołych gwizdów i nawoływań, z sali ktoś krzyczy – i love you. Nieco odświeżona piosenkarka staje na środku sceny, my już zajmujemy tylko część płyty, zupełnie nie tak jak na początku. Smutne… i jakby w nagrodę dla tych wiernych dostajemy nie jedną, lecz trzy piosenki i na pożegnanie jeszcze czwartą.
Dzięki ZAZ.

Ludzie czemu wam się tak śpieszy? Czy przyszliście usłyszeć tylko jedną piosenkę i gdy już wybrzmiała wzruszacie ramionami w stylu: „wyjebane, więcej nie znam” i odchodzicie sobie spełnieni do domu? I na koniec nie żal wam pieniędzy i czasu? Kiedyś, chyba po koncercie Justina Timberlake’a słyszałem jak ekipa skarżyła jedna drugiej, że nie zaśpiewał jakiegoś numeru. Ten numer był i to na samym początku, jako druga piosenka… co w tym czasie robili? 

P.S.

To co widzieliśmy na Eltonie Johnie w Krakowskiej Tauron Arenie było jeszcze gorsze. Akcja działa się w 2016 roku do bisów i piosenki Can you feel (tak tej z Króla Lwa) dotrwała może 1/3 słuchających. Żal ściskał nam dupki przez resztę wieczoru. Faktycznie może nie zaśpiewał większości swoich rozpoznawalnych piosenek, koncert tak czy siak, był na wypasie.

Pierwsza rocznica ślubu A&M

Każda rocznica jest dobra, gdy mamy ochotę ją świętować.

My akurat problemów nie mamy i cieszymy się z każdej chwili spędzonej razem. Więc i rocznica wesoła, znalazł się czas na wspominki, czas na wynajęcie hotelu i planowanie dni.

Dzień naszego ślubu.

Padło na majówkę, a raczej jej ostatnie podrygi, czyli 05.05.2018. Wesele szykowaliśmy długo, z racji tego, że troszkę znamy się na tym biznesie, sala zarezerwowana była na półtora roku wprzód. Sobota piątego maja okazała się strzałem w dziesiątkę. Słoneczny poranek i dwadzieścia trzy stopnie lubelskiego klimatu idealnie podnosiły nasze morale i dublowały szczęście.

Pan Andrzej zawiózł nas do kościoła, autobus z gośćmi dojechał po chwili.

Dla mnie, czyli Pana Młodego ceremonia zaślubin była pestką, do momentu, gdy nie stanąłem pod ołtarzem. Cieszę się do dnia dzisiejszego, że było wraz ze mną dwoje ludzi, którzy mnie wspierali. Koszula zmniejszyła się pod szyją, a kościół wydał się minimum trzy razy większy. W progu pojawił się pierwszy poblask bieli i wszystkie trudy moich oczekiwań odleciały w nicość. Tata Agatki dumnie wyprostowany wprowadził córkę, wyglądał na zadowolonego, Agata również. Tak przy okazji: Dzięki teściu za przekazanie takiego skarbu. Agatka uważa, że ja również nie wyglądałem najgorzej;-)

Dla mnie, czyli Panny Młodej dzień ten wspominam jako magiczny. Serce biło szybciej od samego rana. Było wesoło i nieco szalenie podczas przygotowań. Ceremonia zaślubin była niesamowita. Nagle zapomniałam, że ktokolwiek jest wokół nas, jakby świat nie istniał, był tylko MICHAŁ, nasze słowa przysięgi i ciepło płynące ze ściskania się za łapy 🙂 pamiętam gdy cały świat przypomniał o swoim istnieniu gromkimi brawami i widziałam uśmiechnięte buzie naszej rodziny, przyjaciół i dwóch moich kochanych Druhenek, których wzrok mówił „dałaś radę” 😉

Po mszy udaliśmy się na salę, a tam to już tylko zabawa i celebrowanie szczęścia do białego rana! ☺

DZIĘKUJEMY WSZYSTKIM, którzy tworzyli z nami ten piękny dzień!

W oddzielnym wpisie opiszemy nasze przygotowania i usługodawców z jakimi mieliśmy przyjemność współpracować 🙂

Agatka i Michał 

Ciasteczko-wy Biznes Wspaniały

Wyruszyliśmy na wyprawę. Po drodze było piękne pole rzepaku i kilka malowniczych podwarszawskich wiosek. Ruszyliśmy na wycieczkę do pobliskiej miejscowości, która wszystkim kojarzy się tylko z jednym. Tarczyn = soki. Chcielibyśmy by po tym tekście kojarzyło się nieco inaczej.

Tarczyn = Urszi Cakes

Sam fakt, że pod niewielkim metrażowo lokalem nie było gdzie zaparkować i to nie przez brak miejsc parkingowych (tych jest pod dostatkiem), napawał nas optymizmem. Uśmiechnięte buzie klientów na tle kwiecistej ściany i uderzająco ciepłe, pastelowe kolory wprowadziły nas w milutką atmosferę.

Miejsce jest urocze, wypełnione kwiatami i dopracowanymi dodatkami. Do tego wygodne foteliki i wszechobecna czystość. Widać dużo włożonego serca w realizację tego słodkiego świata. Efekt robi wrażenie. Obsługiwała nas przemiła Pani, Pan Adaś z radością i pasją opowiedział o słodkościach i oczywiście Autorka – uśmiechnięta Pani Ula, którą udało nam się poznać 🙂 

Tarta Agrestowa

Mieliśmy przyjemność, jako pierwsi skosztować premierowego wypieku – tarty agrestowej – przepyszna słodkość przełamana lekko kwaśnym agrestem. Czekaliśmy na nią prawie dwie godziny i wiecie co, nie żałujemy żadnej sekundy. Zjedliśmy w tym czasie babeczki malinowe, babeczki słony karmel, bezę z owocami, wszystko popijając dobrą kawą.

Może i to brzmi jakbyśmy za bardzo rozczulali się nad cukiernią, ale kto nie był, niech sam się przekona. Piszemy to ponieważ kochamy ciastka, najbardziej te robione z pasją. W Urszi Cakes pasji musi być co najmniej tyle ile sama waży ☺ 

Podsumowując fenomen

Uwielbiamy miejsca stworzone nie dla samego zysku. Wchodząc do cukierni Urszi czujesz się jakbyś wchodził do czyjegoś domu. Do domu, w którym gospodarz stara się przekazać część siebie, część tego co lubi i czym żyje. Łyknęliśmy to, mieliśmy radochę z każdego kęsa i chętnie przyjedziemy po więcej.

Agatka i Michał 01.05.2019

Kompromis i czy to się udaje?

Słowo kompromis bardzo mi się podoba. Samo założenie pójścia ścieżkami kompromisu jest dla mnie z zawodu handlowca takie bohaterskie i zarazem pełne nowych nadziei na przyszłość. Tak jestem na codzień handlowcem, sprzedaje swoją wiedzę, sprzedaję też swoje umiejętności oratorskie jak i produkty mojego chlebodawcy, o którym więcej tu nie wspomnę. 

A co kompromis oznacza w codziennym życiu? Postaram się na własnym przykładzie, tak zawsze jest najlepiej i najbardziej wiarygodnie.

Zeszłego wieczoru moja szanowna żona i ja mieliśmy małe nieporozumienie. Każdy z nas miewa coś podobnego, czy to w związku, przyjaźni, na lini dziecko rodzic, w pracy, a może z sąsiadem? Każdy zna i rozumie o co mi chodzi. A więc wracając do mojej historii. Poprzedniego wieczoru, wróciłem po całodniowej konferencji szybciej niż planowałem. Akurat była środa, a w środy uczęszczamy na tańce, za którymi w skrócie mówiąc od pół roku nie przepadam. Powiem więcej, kilka dni przed wyjazdem cieszyłem się że nie wrócę z konferencji na czas, tak… to śmieszne, wszystko tylko nie iść na tańce. Szkolenia skończyły się szybciej niż planowano i w miłej atmosferze, wraz z kolegami z pracy wsiedliśmy do auta. Sto siedemdziesiąt kilometrów po autostradzie przeminęło na pogaduszkach, żartach i podsumowaniu dnia. Na trasie tam gdzie zwykle tworzą się korki, tego wieczora było idealnie pusto. Wymarzony powrót do domu po długim dniu pracy. Zadowolony z życia wróciłem, zapominając o tym co mnie czeka… Było bardzo miło, wspólna obiadokolacja, kawa, po dwie kostki czekolady, uśmiechy których u nas w domu nigdy nie brakuje. Aż w końcu padło zdanie które zniszczyło całą budowaną atmosferę.

fot. Agata Murawska

– Super że szybciej wróciłeś! Zdążymy na tańce!

Za żadne skarby nie chciałem iść, nagły ból brzucha, senność i nerwica nigdy wcześniej nie zaatakowały z tak dużą mocą. Uciekałem w głąb siebie szukając wyjścia z sytuacji. Zatrzymam się w opowieści w tym momencie. Większość ludzi jeśli nie chce czegoś zrobić, lub nie zgadza się z czyimś zdaniem po prostu wybucha, staje się nieprzyjemna i nie miła. U nas wygląda to identycznie. Pierwsze co zrobiłem to oburzenie. Nauczyłem się już dawno że odpowiedzi udzielamy, spokojnym głosem wskazując przyczynę nie zgody. Dlatego moje oburzenie, szybko przeszło w polemikę i użalanie się nad swoim losem. Cel pozostał ten sam, nie idę i już.

– Kochanie – zacząłem spokojnie – przecież wiesz że cały dzień byłem na konferencji? Nie zdajesz sobie sprawy jaki wymęczony jestem.

– Mi zależy, zawieź mnie i sama pójdę!

Zawieź mnie… każdy mężczyzna z prawo jazdy wie, jak bardzo nie chce się oglądać samochodu od wewnątrz po przebytej podróży. To jest straszne, ok ok, jak miałem osiemnaście lat mogłem nie wysiadać z auta i każdy kilometr poszerzał mój uśmiech. W tym wieku mam nieco inne zdanie na temat przebywania w aucie. Nasza rozmowa w końcu zeszła na takie tory, iż musieliśmy na jakiś czas zmienić pomieszczenia. Oddychając innym powietrzem, każde z nas czuło się pokrzywdzone. Tak samo ja, jak i ona mieliśmy swoje cele na ten wieczór. Po latach praktyki które dały tylko to i aż to, że wcześniej odnajdujemy się w sytuacji i możemy sobie wyobrazić dalszy ciąg zdarzeń. Tak czy siak wypłynęły tak zwane „gorzkie żale”. Znaczy w wielkim skrócie, pretensje nie w czasie i miejscu na dodatek nie na temat. Po dziesięciu minutach z leniwego męża który ochotę miał tylko na piwko i kanapę, sprawnie przeobraziłem się w jurnego, szybkiego w ruchach chłopca. U mnie objawia się to tak, że robię wszystkie rzeczy które trzeba zrobić, a które wcześniej zupełnie nie rzucały mi się w oczy. Rura od odkurzacza błysnęła w mojej dłoni, kabel świsną i żwawo ruszyłem po pokojach. Moja luba w tym czasie, zajęła się sobą. Pseudo potrzebne sprawy, na komputerze urosły do rangi tu i teraz. Woda do wanny zaczynała ciurkać. Wszystko niby w normie… wygrałem? Nie poszliśmy? Atmosfera opadła, kawa zrobiona. Wybiła godzina dwudziesta pierwsza. Zajęcia się zaczęły, a w raz z nimi, nasze nieporozumienie odżyło na nowo. Nie będę już wchodził w szczegóły dialogu, jedyne co mogę powiedzieć to to że był kulturalny, lecz i bardzo męczący. Rozpoczynaliśmy właśnie produkcję taśmową naszego kompromisu.

fot. Agata Murawska

Rozwiązanie?

Wiedziałem w głębi duszy że ona uwielbia te tańce, ciągnie mnie na to w poniedziałki i środy. Ciągle o tym gada i ogólnie jest za. Wie również że ja nie bardzo garnę się do tego, jeszcze w poniedziałek jak cię mogę, ale w środę… dla mnie to najgorszy dzień tygodnia, już zdążyłem się zmęczyć, a tu jeszcze tyle dni do niedzieli. (tak pracuję w prawie każdą sobotę). Moja depresja w środę sięga zenitu i nigdy w życiu nie ustalałem sobie na ten dzień żadnych siłowni, spotkań itp. Trafiamy w martwy punkt naszej przepychanki. Zaczyna się robić o tyle nieprzyjemnie, że zdajemy sobie sprawę z tego co napisałem wyżej, ale nikt nie chce odpuścić. Każdą sprawę, każde nieporozumienie i inne cuda które się nam zdarzają na codzień, można podstawić pod nasz przykład. Jeśli chcemy żyć w zgodzie ze światem jak i podkreślę to SAMYM SOBĄ. Najważniejszy jesteś ty! To jest pierwsza sprawa wagi ciężkiej jaką odkryłem studiując i praktykując w życiu. Jeśli nie jesteś szczęśliwy, co byś nie robił dla drugiej osoby nie ma najmniejszego znaczenia. Nie doceni tego, a w jeszcze gorszej odsłonie koniec końców będzie miała pretensje, że robisz dla niej cokolwiek. Buduj szczęcie na swoim szczęściu. Wracając do tematu, kompromis musi być akceptowalny przez dwie strony konfliktu. Nie godzimy się na połówki, ćwiartki lub pospolite machanie ręką. Sprawy muszą ułożyć się odpowiednio dobrze dla każdej ze stron. 

Jak osiągnąć kompromis?

Jest kilkanaście sposobów na dobry kompromis, z większości korzystamy od zawsze, z niektórych przypadkiem. Jedno jest pewne, trzeba zrozumieć potrzeby drugiej osoby. W naszym przypadku: ja rozumiem że Agata chce tam chodzić i wiem że ciężko jej będzie zrezygnować z drugiej lekcji w tygodniu. Ja mam zamiar chodzić raz na tańce i dwa na siłownie (rzadko mi się udaje, ale wciąż próbuję:). Argumentem pierwszym z mojej strony było to że w ogóle chodzimy na tańce i to stanowczo za często jak na moje ambicje związane z tą dziedziną. Argumentem jej był fakt że trwa to tylko godzinkę z dojazdami itp. Półtorej. Prawie nic a zawsze jakiś ruch. Muszę się zgodzić że to jest święta prawda. Ponadto ona twierdzi że za każdym razem marudzę że nie pójdę, a w momencie końca zajęć wychodzę zadowolony. Tak wychodzę i tak zadowolony ale raczej z faktu że właśnie się uwolniłem. Argumentów ponad stołem przerzuciliśmy jeszcze wiele i dużo herbaty upłynęło. Sytuacja w pewnym momencie stała się klarowna i padły magiczne słowa z obydwu stron. Przepraszam rozluźniło atmosferę, jednak nie załatwiło nic. Czy idziemy w środę na tańce? Oczywiście że „NIE” ma opcji że nie idziemy… musimy się przecież pożegnać z grupą co nie? Wiecie co to dla mnie znaczy? Ja z całą pewnością potrafię wiele powiedzieć ludziom wprost bez krępacji. Jednak już słyszę te lamenty nauczyciela którego lubię, pani z recepcji, kolegów i koleżanek z grupy. „Rozwiążą nas jak nie będziecie chodzić”, „Proszę przemyślcie jeszcze”, zaraz wakacje, będzie przerwa, odpoczniecie” itd. Odechciało mi się. Trzeba było zaparzyć kolejną kawę.

fot. Agata Murawska

Nasz kompromis wygląda następująco:

Chodzimy do końca semestru na obydwa zajęcia. Wiem, przegrałem mamy luty to jeszcze trochę czasu potrwa. Jeden zero dla żony. Chodzimy w środy tylko wtedy, gdy mam za sobą normalny dzień pracy i wracam do domu powiedzmy przed osiemnastą. Na koniec semestru sam zadecyduję czy chce uczęszczać dalej. Już zdecydowałem, więc problem rozwiązany, mamy remis. Czy niesmak pozostał? Nie, uśmiechnęliśmy się, pocałowaliśmy i wróciliśmy do codzienności. Podsumowując akurat tą sytuację, nie miała żadnego większego sensu. Patrząc wstecz myślę że mogłem iść na zajęcia i w świeżej atmosferze tuż po, rozmawiać o skończeniu edukacji tanecznej. Z punktu widzenia mojej żony, sprawy mają się podobnie, uznała że źle postąpiła wymuszając na mnie wyjście z cieplutkiego domku. Nie znając mojego zdania podkreśliła, że zapewne gdyby nie naciskała, sam z siebie w końcu zebrałbym się i poszedłbym z nią nie stając okoniem. Człowiek mądry po fakcie, to takie mądre że aż na wymioty zrywa:) Nerwy do kieszeni i polecam rozmowy twarzą w twarz. Najgorzej gada się przez sms, równie źle przez telefon, skype, czy co tam jeszcze technika dała. Jeśli to możliwe poczekajcie do momentu w którym będzie można usiąść wygodnie, najlepiej przy czymś co lubicie. Nie zawsze musi to być kawa, akurat u nas to ona grała tego wieczoru rolę popychacza słów, równie dobrze zastępuję ją wino. Nie wyobrażam sobie jednak picia wina, dyskutując o kompromisach z moimi przyszłymi dziećmi. Chodź pewnie i to się zmieni, wraz z ich wiekiem…:)
Michał.

Sesja narzeczeńska Warszawa Siekierki fot. Zbyszek Misztela

Jak nie zmarnować życia? Być takim jak “ONI”?

Kto nie zadawał sobie nigdy takiego pytania?
W naszym domu ostatnio często poruszamy ten temat.

Jak znaleść radość z życia?
Czemu muszę być dla wszystkich miły\a?
Co chcemy robić za rok, dwa, pięć?
Kiedy jest odpowiedni moment na dziecko?
Co takiego napędza nas na kolejne dni?
Te i inne pytania męczą głowę każdego dnia i napędzają nas do działania 🙂

Czytałem przy śniadaniu artykuł z serii „żyć jak najbogatsi”. W pierwszej chwili pomyślałem: Tak super! Przeczytam sobie co takiego innego niż my robi Bill Gates, Bezos i Oprah. Zdziwiłem się, a raczej upewniłem:

ZUPEŁNIE NIC, wszyscy jesteśmy nadal ludźmi.

Kawa, smoothie z dwunastu składników, joga, medytacja, odpisywanie na maile. Co bym zrobił gdybym miał dziesięć milionów dolarów? (Tak to tylko ułamek fortuny założyciela Microsoft). Co ty byś z tym zrobił?

Odpowiedz jest prosta. Dalej wstając rano piłbym kawę, odpisywał na maile, wychodził z psami jak Ophra, żarł śniadanie, robił kupę i jechał do roboty jak Jeff Bezos (chodź ten mógłby kupić sobie cały archipelag i założyć tam własne królestwo, majątek pana od Amazona przekroczył już grubo 150 miliardów dolarów). Mógłbym czytać gazety jak Warren Buffet przegryzając każdą kartkę Bic Mackiem. Ludzie jak ludzie, wyboru za dużego nie ma. Jeść trzeba i się myć, a pod względem upływającego czasu dzień każdy ma taki sam. Różnice wynikają tylko z tego gdzie jesteśmy, jak żyjemy i czy jesteśmy zdrowi.

Jeden budzi się patrząc na otaczające go bloki, drugi na góry, a trzeci na ocean. Oczywiście jest jeszcze ktoś kto patrzy się w oczy Jessicy Alby i ktoś co patrzy w te Justina Timberlake’a. Ja patrze w oczy Agaty i dla mnie są tymi najładniejszymi. To już mamy, teraz tylko tymi oczyma wolelibyśmy patrzeć nie na Warszawę i Elektrociepłownie Siekierki, a przykładowo na gaj oliwny, lub kolorowe kwiaty Madery. Czy uda się nam wyprowadzić?

Islandia fot. Słodko-Gorzko
Islandia fot. Słodko-Gorzko

Decyzje to podstawa.

Uzgodniliśmy, że nie ma to znaczenia. Samo to, że CHCEMY napędza nas do życia pozytywnie i przykładowo daje kopa do nauki języka.
Wracając do sprawy budzenia, oczywiście są ludzie, którzy budzą się pod mostem… Nie bardzo wierzę, że nie jest to ich wyborem, w szczególności w tych czasach (a może i słusznym?)

Życie robi się paskudne jak przestajesz się uczyć, dążyć do czegokolwiek, przestajesz mieć cel i bazujesz tylko na przetrwaniu dnia następnego. Żałosna egzystencja, śledzenie życia innych, nerwy, zazdrość, puste słowa, obietnice, że jutro będzie lepiej. Państwa takie jak nasze uwielbiają tego typu ludzi i mocno ich wspierając budują własną politykę i ciągłość wyborczą. Wielu z nas chciałoby siedzieć na miejscu przykładowego prezydenta Trzaskowskiego i jestem bardzo ciekawy co zrobilibyśmy więcej? Najprawdopodobniej zupełnie nic. Na świece liczyła się i dalej liczy tylko wola walki, zdobywania i zmian. Ale nie o tym chciałem pisać.

Pieniądze szczęścia nie dają.

Stare jak świat przysłowie ma w sobie moc i życiową prawdę. Patrząc na najbogatszych na globie, którzy tak czy siak wstają rano, wsuwają śniadanko, łapią męża\żonę za tyłek, puszczą bąka przy jodze, po czym i tak idą do pracy, na spotkania, zebrania, konferencję, wystąpienia publiczne itp. Czemu to robią? Nie wiem, bo nie jestem na ich miejscu. Mogę się jedynie domyślać, że pcha ich ta sama siła która dała im ten majątek. Chcą coś zmieniać, chcą być znani, chcą zostawić coś po sobie i chcą dążyć do celu spełniając przy tym siebie. Tak jak maratończyka pcha do przodu przecież nie chęć zmęczenia się, a sprawdzenia i dopięcia postanowienia. Osiągnięcie celu. Sama kasa jest tylko dodatkiem, nie wyznacznikiem celu i spełnienia.

Islandia fot. Słodko-Gorzko

Chciałbym trzymać się swoich postanowień.

Podsumowując bałagan który wypadł ze mnie przy niedzieli.

Jeśli zrobisz wszystko tak jak ci najbogatsi nie patrząc na ich pieniądze, to może okazać się, że będziesz szczęśliwy. Co rano będziesz oglądał uśmiechniętą buźkę twojej drugiej połówki, twoich dzieciaków i może będzie to gdzieś indziej, niż w zimowej Polsce. Za chwilę okaże się, że zarabiasz więcej, albo zarabiasz mniej, ale w końcu masz czas żeby te uśmiechy dostrzegać. Trzeba tylko postawić sobie cele, dążyć do czegoś i czuć z całej podróży radość.

Chciałbym tak… Uczę się tego każdego dnia. Dziękuję sobie za to, że daje sobie szansę. Dostrzegam pozytywy dobrych i tych złych decyzji, które w życiu udało mi się podjąć. Dzięki jednej z nich cieszę się każdego dnia, że nie muszę spać sam, albo bać się czy osoba z którą akurat dziś spałem, nie zwinie mi zegarka wychodząc 🙂

Michał.

Krótko i na temat, po prostu start.

Nie chciałbym drogi czytelniku, żebyś uciekł od naszych treści tuż po pierwszym zdaniu. Pozwól więc, że napiszę ich kilka o sobie i o tym co poniżej będzie się działo. Jestem trzydziestoletnim gościem spod Warszawy, obecnie zamieszkującym jej pięćdziesięciometrowy skrawek ziemi. Wraz z żoną prowadzimy życie na pierwszy rzut oka proste, na drugi skomplikowane na tyle, że warto było o tym wspomnieć. Całe swoje życie doradzam ludziom w bardzo różnych kwestiach, odnajduję się w tym. Krótko mówiąc prześladuję mnie codzienna chęć pisania i rozmowy z resztą świata. Czuję, że jak nie zajmę się prowadzeniem bloga, pomocą ludziom w trochę innym wymiarze niż dotychczas to robię… czuję, że jak nie wezmę się za to tak totalnie na poważnie… to stracę sens dalszego egzystowania 🙂

Sesja narzeczeńska fot. Zbyszek Misztela

Dla nas najcenniejszy jest czas i szczęście, którym można go wypełnić. Chciałbym pokazać jak my to robimy, jak sobie radzimy z codziennością i jak pieczemy swoje codzienne przysmaki. Zapraszamy do naszego Świata.

Michał i Agatka