Kompromis i czy to się udaje?

Słowo kompromis bardzo mi się podoba. Samo założenie pójścia ścieżkami kompromisu jest dla mnie z zawodu handlowca takie bohaterskie i zarazem pełne nowych nadziei na przyszłość. Tak jestem na codzień handlowcem, sprzedaje swoją wiedzę, sprzedaję też swoje umiejętności oratorskie jak i produkty mojego chlebodawcy, o którym więcej tu nie wspomnę. 

A co kompromis oznacza w codziennym życiu? Postaram się na własnym przykładzie, tak zawsze jest najlepiej i najbardziej wiarygodnie.

Zeszłego wieczoru moja szanowna żona i ja mieliśmy małe nieporozumienie. Każdy z nas miewa coś podobnego, czy to w związku, przyjaźni, na lini dziecko rodzic, w pracy, a może z sąsiadem? Każdy zna i rozumie o co mi chodzi. A więc wracając do mojej historii. Poprzedniego wieczoru, wróciłem po całodniowej konferencji szybciej niż planowałem. Akurat była środa, a w środy uczęszczamy na tańce, za którymi w skrócie mówiąc od pół roku nie przepadam. Powiem więcej, kilka dni przed wyjazdem cieszyłem się że nie wrócę z konferencji na czas, tak… to śmieszne, wszystko tylko nie iść na tańce. Szkolenia skończyły się szybciej niż planowano i w miłej atmosferze, wraz z kolegami z pracy wsiedliśmy do auta. Sto siedemdziesiąt kilometrów po autostradzie przeminęło na pogaduszkach, żartach i podsumowaniu dnia. Na trasie tam gdzie zwykle tworzą się korki, tego wieczora było idealnie pusto. Wymarzony powrót do domu po długim dniu pracy. Zadowolony z życia wróciłem, zapominając o tym co mnie czeka… Było bardzo miło, wspólna obiadokolacja, kawa, po dwie kostki czekolady, uśmiechy których u nas w domu nigdy nie brakuje. Aż w końcu padło zdanie które zniszczyło całą budowaną atmosferę.

fot. Agata Murawska

– Super że szybciej wróciłeś! Zdążymy na tańce!

Za żadne skarby nie chciałem iść, nagły ból brzucha, senność i nerwica nigdy wcześniej nie zaatakowały z tak dużą mocą. Uciekałem w głąb siebie szukając wyjścia z sytuacji. Zatrzymam się w opowieści w tym momencie. Większość ludzi jeśli nie chce czegoś zrobić, lub nie zgadza się z czyimś zdaniem po prostu wybucha, staje się nieprzyjemna i nie miła. U nas wygląda to identycznie. Pierwsze co zrobiłem to oburzenie. Nauczyłem się już dawno że odpowiedzi udzielamy, spokojnym głosem wskazując przyczynę nie zgody. Dlatego moje oburzenie, szybko przeszło w polemikę i użalanie się nad swoim losem. Cel pozostał ten sam, nie idę i już.

– Kochanie – zacząłem spokojnie – przecież wiesz że cały dzień byłem na konferencji? Nie zdajesz sobie sprawy jaki wymęczony jestem.

– Mi zależy, zawieź mnie i sama pójdę!

Zawieź mnie… każdy mężczyzna z prawo jazdy wie, jak bardzo nie chce się oglądać samochodu od wewnątrz po przebytej podróży. To jest straszne, ok ok, jak miałem osiemnaście lat mogłem nie wysiadać z auta i każdy kilometr poszerzał mój uśmiech. W tym wieku mam nieco inne zdanie na temat przebywania w aucie. Nasza rozmowa w końcu zeszła na takie tory, iż musieliśmy na jakiś czas zmienić pomieszczenia. Oddychając innym powietrzem, każde z nas czuło się pokrzywdzone. Tak samo ja, jak i ona mieliśmy swoje cele na ten wieczór. Po latach praktyki które dały tylko to i aż to, że wcześniej odnajdujemy się w sytuacji i możemy sobie wyobrazić dalszy ciąg zdarzeń. Tak czy siak wypłynęły tak zwane „gorzkie żale”. Znaczy w wielkim skrócie, pretensje nie w czasie i miejscu na dodatek nie na temat. Po dziesięciu minutach z leniwego męża który ochotę miał tylko na piwko i kanapę, sprawnie przeobraziłem się w jurnego, szybkiego w ruchach chłopca. U mnie objawia się to tak, że robię wszystkie rzeczy które trzeba zrobić, a które wcześniej zupełnie nie rzucały mi się w oczy. Rura od odkurzacza błysnęła w mojej dłoni, kabel świsną i żwawo ruszyłem po pokojach. Moja luba w tym czasie, zajęła się sobą. Pseudo potrzebne sprawy, na komputerze urosły do rangi tu i teraz. Woda do wanny zaczynała ciurkać. Wszystko niby w normie… wygrałem? Nie poszliśmy? Atmosfera opadła, kawa zrobiona. Wybiła godzina dwudziesta pierwsza. Zajęcia się zaczęły, a w raz z nimi, nasze nieporozumienie odżyło na nowo. Nie będę już wchodził w szczegóły dialogu, jedyne co mogę powiedzieć to to że był kulturalny, lecz i bardzo męczący. Rozpoczynaliśmy właśnie produkcję taśmową naszego kompromisu.

fot. Agata Murawska

Rozwiązanie?

Wiedziałem w głębi duszy że ona uwielbia te tańce, ciągnie mnie na to w poniedziałki i środy. Ciągle o tym gada i ogólnie jest za. Wie również że ja nie bardzo garnę się do tego, jeszcze w poniedziałek jak cię mogę, ale w środę… dla mnie to najgorszy dzień tygodnia, już zdążyłem się zmęczyć, a tu jeszcze tyle dni do niedzieli. (tak pracuję w prawie każdą sobotę). Moja depresja w środę sięga zenitu i nigdy w życiu nie ustalałem sobie na ten dzień żadnych siłowni, spotkań itp. Trafiamy w martwy punkt naszej przepychanki. Zaczyna się robić o tyle nieprzyjemnie, że zdajemy sobie sprawę z tego co napisałem wyżej, ale nikt nie chce odpuścić. Każdą sprawę, każde nieporozumienie i inne cuda które się nam zdarzają na codzień, można podstawić pod nasz przykład. Jeśli chcemy żyć w zgodzie ze światem jak i podkreślę to SAMYM SOBĄ. Najważniejszy jesteś ty! To jest pierwsza sprawa wagi ciężkiej jaką odkryłem studiując i praktykując w życiu. Jeśli nie jesteś szczęśliwy, co byś nie robił dla drugiej osoby nie ma najmniejszego znaczenia. Nie doceni tego, a w jeszcze gorszej odsłonie koniec końców będzie miała pretensje, że robisz dla niej cokolwiek. Buduj szczęcie na swoim szczęściu. Wracając do tematu, kompromis musi być akceptowalny przez dwie strony konfliktu. Nie godzimy się na połówki, ćwiartki lub pospolite machanie ręką. Sprawy muszą ułożyć się odpowiednio dobrze dla każdej ze stron. 

Jak osiągnąć kompromis?

Jest kilkanaście sposobów na dobry kompromis, z większości korzystamy od zawsze, z niektórych przypadkiem. Jedno jest pewne, trzeba zrozumieć potrzeby drugiej osoby. W naszym przypadku: ja rozumiem że Agata chce tam chodzić i wiem że ciężko jej będzie zrezygnować z drugiej lekcji w tygodniu. Ja mam zamiar chodzić raz na tańce i dwa na siłownie (rzadko mi się udaje, ale wciąż próbuję:). Argumentem pierwszym z mojej strony było to że w ogóle chodzimy na tańce i to stanowczo za często jak na moje ambicje związane z tą dziedziną. Argumentem jej był fakt że trwa to tylko godzinkę z dojazdami itp. Półtorej. Prawie nic a zawsze jakiś ruch. Muszę się zgodzić że to jest święta prawda. Ponadto ona twierdzi że za każdym razem marudzę że nie pójdę, a w momencie końca zajęć wychodzę zadowolony. Tak wychodzę i tak zadowolony ale raczej z faktu że właśnie się uwolniłem. Argumentów ponad stołem przerzuciliśmy jeszcze wiele i dużo herbaty upłynęło. Sytuacja w pewnym momencie stała się klarowna i padły magiczne słowa z obydwu stron. Przepraszam rozluźniło atmosferę, jednak nie załatwiło nic. Czy idziemy w środę na tańce? Oczywiście że „NIE” ma opcji że nie idziemy… musimy się przecież pożegnać z grupą co nie? Wiecie co to dla mnie znaczy? Ja z całą pewnością potrafię wiele powiedzieć ludziom wprost bez krępacji. Jednak już słyszę te lamenty nauczyciela którego lubię, pani z recepcji, kolegów i koleżanek z grupy. „Rozwiążą nas jak nie będziecie chodzić”, „Proszę przemyślcie jeszcze”, zaraz wakacje, będzie przerwa, odpoczniecie” itd. Odechciało mi się. Trzeba było zaparzyć kolejną kawę.

fot. Agata Murawska

Nasz kompromis wygląda następująco:

Chodzimy do końca semestru na obydwa zajęcia. Wiem, przegrałem mamy luty to jeszcze trochę czasu potrwa. Jeden zero dla żony. Chodzimy w środy tylko wtedy, gdy mam za sobą normalny dzień pracy i wracam do domu powiedzmy przed osiemnastą. Na koniec semestru sam zadecyduję czy chce uczęszczać dalej. Już zdecydowałem, więc problem rozwiązany, mamy remis. Czy niesmak pozostał? Nie, uśmiechnęliśmy się, pocałowaliśmy i wróciliśmy do codzienności. Podsumowując akurat tą sytuację, nie miała żadnego większego sensu. Patrząc wstecz myślę że mogłem iść na zajęcia i w świeżej atmosferze tuż po, rozmawiać o skończeniu edukacji tanecznej. Z punktu widzenia mojej żony, sprawy mają się podobnie, uznała że źle postąpiła wymuszając na mnie wyjście z cieplutkiego domku. Nie znając mojego zdania podkreśliła, że zapewne gdyby nie naciskała, sam z siebie w końcu zebrałbym się i poszedłbym z nią nie stając okoniem. Człowiek mądry po fakcie, to takie mądre że aż na wymioty zrywa:) Nerwy do kieszeni i polecam rozmowy twarzą w twarz. Najgorzej gada się przez sms, równie źle przez telefon, skype, czy co tam jeszcze technika dała. Jeśli to możliwe poczekajcie do momentu w którym będzie można usiąść wygodnie, najlepiej przy czymś co lubicie. Nie zawsze musi to być kawa, akurat u nas to ona grała tego wieczoru rolę popychacza słów, równie dobrze zastępuję ją wino. Nie wyobrażam sobie jednak picia wina, dyskutując o kompromisach z moimi przyszłymi dziećmi. Chodź pewnie i to się zmieni, wraz z ich wiekiem…:)
Michał.

Sesja narzeczeńska Warszawa Siekierki fot. Zbyszek Misztela