Koncerty i fetysze ;)

Byliście kiedyś na koncercie?

Pytanie z tych określanych “głupie”, każdy z nas, a napewno zdecydowana większość była choć raz. Nie wiem, czy zaobserwowaliście to samo co my, a może jesteście jednymi z tych co to robią? Jeśli tak zostawcie swój ślad w komentarzu żebyśmy i my zrozumieli ten fenomen. Do rzeczy! Sytuacja powtarza się nagminnie i jest totalnie dla nas niepojęta. Przychodzimy na koncerty najczęściej  na styk,  jeśli mamy trybunę to siadamy i uczestniczymy. Jeśli jest to akurat płyta (chodzimy na płytę tylko na nasze perełki) bawimy się, tańczymy, krzyczymy i robimy te wszystkie inne rzeczy, które na koncertach można i wypada robić.

Wchodzimy na Torwar, piękny piątkowy wieczór, kolejka do piwa zagasiła pragnienie, szatnia i kierunek płyta. Bilety wyprzedane, pełna sala. My oczywiście na styk i ku wielkiemu zdziwieniu bez problemu stajemy na środku sali. Na płycie mniej więcej od połowy luzy w sam raz, oddychać można i ruszyć czymś więcej, niż palcem. Na scenie suport szykuje instrumenty, zaczynają grać. Miłe dźwięki francuskiego rynku nastrajają do spożycia tego co zaserwuje nam gwiazda wieczoru. Znając artystkę spodziewamy się czegoś dużo lepszego, niż chleb ze smalcem, uczta powinna być wykwintna. Bilety z tych nie najtańszych, pełna sala wydawałoby się, że wszyscy czekają z uwielbieniem wypatrując swojej idolki.

Czy napewno?

Start, wychodzi na scenę, ubrana normalnie jak trzeba, gwizdy, krzyki i owacje, w takich momentach zawsze mój zestaw prywatnych mrówek wychodzi mi na plecy. Laska śpiewa, widać że kulturka i ostro daje na żywo. Muzycy świetni, nagłośnienie idealnie dostosowane. Da się rozmawiać, to jest sukces. Ze sceny płynie rozkosz, mniej znane dwie piosenki, trzy, jedna wolna, a na sali rozpoczyna się ruch. I tu zaczynają się nasze wątpliwości…Rozumiem kibelek, jak ktoś stoi i czeka bo przyjechał dwie godziny przed koncertem. Ej! Przecież na bilecie napisane, że od 18 wpuszczają. Za dużo piwka, napojów lub domowy obiadek wychodzi. Przechodzą między ludźmi, póżniej wracają zupełnie normalne. Mówimy sobie, ok tak to już jest. Agata kiwa głową dając mi znać, że nie przeszkadza jej, iż babka prawię wywaliła się na nią potykając o nic na prostej drodze.

Ze sceny spada hit znany z radia, sala się pobudza, dzieci płaczą wraz z matkami, próbują śpiewać. Wygląda to tak jak ma wyglądać, wczuwasz się, wiesz za co płacisz, zadowolenie z bycia w tym miejscu sięga zenitu. Kilka hitów z rzędu, myślę sobie wypstrykała się z play listy, jak dj w podstawówce i teraz zacznie się to co zwykle. Słuchając w między czasie mniej rozpoznawalnych utworów artystki, obserwuję.

Dla mnie kawałki są super, poznaję coś nowego, kontem oka widzę, że moja Agata próbuję nawet coś śpiewać. Wyższa liga – myślę, przygotowała się lepiej ode mnie. Wracając do tematu. Po godzinie koncertu zaczyna się niewidzialna ewakuacja, ludzie znów przepychają się do wyjścia, lecz o dziwo większość z nich nie wraca. Czemu? Koncert trwa półtorej godziny plus bisy, zapłaciłeś za to człowieku! Mija kolejne pół godzinki, artystka raczy nasze uszy chilloutowymi numerami. Jest mega, mamy prawie koniec, więc zaraz musi coś eksplodować, znając repertuar wiemy, że został jeszcze jeden hit radiowy i jeden przebój z milionowymi wyświetleniami na YT.

ZAZ Torwar

Jednak gdzie jest publika?

Można pomyśleć, ok poszli po kurtki i za chwilę wrócą. Niestety po chilloutowych numerach z sali na oko wyszło ze sto osób. Torwar jest nieduży, więc taką ilość widać i to mocno. Swoją drogą co sobie musi myśleć artysta? Podchodzimy bliżej sceny, bez najmniejszego problemu, każdy zadowolony ma już luzik, nikt w ucho nie dyszy. Pierwsze dźwięki ostatniej radiówki walą w nas jak z karabinu, endorfiny napływają jak tsunami i równie wartko wychodzący odwracają się i szybkim krokiem wracając na salę. Ojej, czyżby przypomnieli sobie po co tu przyszli i że ci ludzie na scenie to nie blaszane automaty?

Taki Fetysz “nigdy do samego końca”

Koniec koncertu, podziękowała, przedstawiła muzyków, standard. Światło gaśnie, coś tam tylko na scenie się świeci na niebiesko. Rozpoczyna się bieg do szatni, korek na schodach, potykanie się o porzucone kubki i opakowania po popcornie. – Że też tych śmietników tak mało zrobili, tyle kasy biorą i taki syf… komentarz przechodzącej babki z dzieckiem, sam widziałem jak jej chłopak wywalił pod nogi kubek po coli. Ci co nie rozpoczęli ewakuacji tak jak i my zaczynają rytmicznie klaskać i krzyczeć, wiemy przecież z doświadczenia, że za chwilę wyjdzie i zaśpiewa dla nas bis. Mijają minuty, pochodzimy jeszcze bliżej pod scenę zajmując miejsce niecierpliwych. Światło się zapala, wchodzą muzycy, drepczą wśród naszych wesołych gwizdów i nawoływań, z sali ktoś krzyczy – i love you. Nieco odświeżona piosenkarka staje na środku sceny, my już zajmujemy tylko część płyty, zupełnie nie tak jak na początku. Smutne… i jakby w nagrodę dla tych wiernych dostajemy nie jedną, lecz trzy piosenki i na pożegnanie jeszcze czwartą.
Dzięki ZAZ.

Ludzie czemu wam się tak śpieszy? Czy przyszliście usłyszeć tylko jedną piosenkę i gdy już wybrzmiała wzruszacie ramionami w stylu: „wyjebane, więcej nie znam” i odchodzicie sobie spełnieni do domu? I na koniec nie żal wam pieniędzy i czasu? Kiedyś, chyba po koncercie Justina Timberlake’a słyszałem jak ekipa skarżyła jedna drugiej, że nie zaśpiewał jakiegoś numeru. Ten numer był i to na samym początku, jako druga piosenka… co w tym czasie robili? 

P.S.

To co widzieliśmy na Eltonie Johnie w Krakowskiej Tauron Arenie było jeszcze gorsze. Akcja działa się w 2016 roku do bisów i piosenki Can you feel (tak tej z Króla Lwa) dotrwała może 1/3 słuchających. Żal ściskał nam dupki przez resztę wieczoru. Faktycznie może nie zaśpiewał większości swoich rozpoznawalnych piosenek, koncert tak czy siak, był na wypasie.